
Byłam bardzo młodą dziewczyną, gdy pewnego razu mój świat się skończył. Życie zadało mi ranę, która wydawała się być jedną z tych, która nie zagoiwszy się, może prowadzić jedynie do powolnego wykrwawiania. Traf sprawił, że ten mój koniec świata przypadł na początek Wielkiego Postu, a ja postanowiłam „sobie umierać” na drogach krzyżowych w Mariackim, w Krakowie. Chyba nigdy z taką pasją, jak wtedy, nie śpiewałam „Któryś za nas cierpiał rany”. Nadal mam w sobie obraz siebie z tamtych lat. Wpatrzona w średniowieczny krucyfiks, nie myślę już o niczym, tylko jestem i zmagam się z łamiącym się głosem.









