
Byłam bardzo młodą dziewczyną, gdy pewnego razu mój świat się skończył. Życie zadało mi ranę, która wydawała się być jedną z tych, która nie zagoiwszy się, może prowadzić jedynie do powolnego wykrwawiania. Traf sprawił, że ten mój koniec świata przypadł na początek Wielkiego Postu, a ja postanowiłam „sobie umierać” na drogach krzyżowych w Mariackim, w Krakowie. Chyba nigdy z taką pasją, jak wtedy, nie śpiewałam „Któryś za nas cierpiał rany”. Nadal mam w sobie obraz siebie z tamtych lat. Wpatrzona w średniowieczny krucyfiks, nie myślę już o niczym, tylko jestem i zmagam się z łamiącym się głosem.
Teraz nawet chce mi się lekko śmiać z przejęcia, które mi wtedy towarzyszyło, ale w tamtym czasie była to dla mnie bardzo poważna sytuacja. Był to również jeden z tych małych zakrętów w wierze, kiedy jest nam bliżej do krzyża i do Ukrzyżowanego. Kiedy zaczęłam czytać nieoczywistą książkę Bp Erica Vardena, to momentalnie moja pamięć powędrowała do wyżej wspomnianych dni. Napisałam nieoczywistą, bo pierwszy raz spotkałam się z taką kontemplacją męki Jezusa, w której centralnym punktem stają się zadane rany. Rany Chrystusa nie zabliźniają się, ale stają się naszym wybawieniem, bramą otwartą na oścież dla tych, którzy nie odwrócą od nich swojego wzroku.
Uzdrawiające rany, bo taki tytuł nosi książka, jest z jednej strony analizą fragmentów poematu Rhytmica oratio, napisanego najprawdopodniej przez średniowiecznego mnicha, Arnulfa z Louvain, z drugiej sama w sobie jest idealnym materiałem do wielkopostnej medytacji. Lektura ma klarowny podział, dzięki czemu można czytanie jej podzielić w taki sposób, aby towarzyszyła naszej osobistej modlitwie. Autor książki ujął mnie niesamowicie szczerością i osadzeniem tekstu w kontekście własnych doświadczeń. Mamy co prawda tutaj sporą dawkę wiedzy. Zarazem książka ma w sobie też swoistą intymność, która rozbraja bardziej akademickie fragmenty.
To nie jest lektura na raz. Mam wręcz wrażenie, że przeczytanie jej bez powrotów, może pozbawić czytelnika wielu refleksji, do których niewątpliwie książka Erica Vardena może pociągnąć. Same fragmenty poematu mają w sobie ogromny potencjał modlitewny. Natomiast analiza opracowana przez autora jest dodatkową podporą i pomaga obrać kierunek.
Dające nadzieję jest podkreślanie przez norweskiego zakonnika, że krzyż, chociaż kiedyś hańbiący, stał się dzięki męce Chrystusa drogą ku prawdziwej wolności. Dla chrześcijanina jest to oczywiste. Pytanie pozostaje, na ile my w to naprawdę wierzymy? To co wcześniej zdawało mnie mnie miażdżyć, będzie mnie unosić. Zostanę wprawiony w ruch wzwyż. Słońce wzejdzie z mojej ciemności z uzdrowieniem w jego skrzydłach, pozwalając moim ranom, w miarę ich gojenia, tajemniczo rozkwitnąć. Takich pięknych cytatów znajdziemy w książce więcej i trafimy w niej na wiele wątków. Poruszające są wzmianki o unieruchomionych stopach Zbawiciela, czy zatrzymanych dłoniach Boga. Czytając Uzdrawiające Rany nie sposób nie zatrzymać się i pomyśleć o zranionym Stworzycielu Świata.
Nie chciałabym zdradzać za wiele i narzucać mojego odbioru książki, w którą moim zdaniem, naprawdę warto zaopatrzyć się na czas Wielkiego postu, ale nie tylko. To jedna z tych pozycji książkowych, do których można wrócić, kiedy życie znowu nas zaboli i odnaleźć w niej żywe ukojenie. Nie znajdziemy w niej banałów, że będzie dobrze. Za to możemy podjąć próbę zrozumienia, że nasze cierpienie, dzięki zbawczej misji Jezusa, nie musi już być zwykłym bólem.
Nasze rany zagoją się w końcu, kiedy staną się tak zjednoczone z ranami Chrystusa, tak całkowicie poddane, że nie zdołamy już poznać, gdzie kończy się Jego męka, a zaczyna nasza. Jesteśmy zatem włączeni w niepowstrzymane zwycięstwo Jego życia nad naszą śmiercią, Jego światła nad ciemnością, Jego pełni nad naszym rozczłonkowaniem…zostajemy wciągnięcie w Jego życie, nad którym ludzka śmiertelność i choroba nie mają mocy.
LINK DO KSIĄŻKI ZNAJDZIECIE TUTAJ
Ps. Wpis powstał we współpracy płatnej z Wydawnictwem Esprit. Dziękuję za podesłanie mi egzemplarza książki do recenzji.

No Comments