Dlaczego napisałam książkę o wystarczalizmie?

Banalne pytanie? Być może, ale pozwolę sobie wytłumaczyć, skąd takie pragnienie we mnie było i jakie miałam motywacje, aby podsumować w wersji papierowej dekadę interesowania się umiarem. Można, nie ukrywam, potraktować również ten wpis jako mini reklamę książki.

Pisać lubiłam od zawsze. Wymyślanie za długich zdań, również takich, które rozumiałam tylko ja, było formą spędzania miło czasu, sposobem na odpoczynek i w końcu porządkowania w słowach mojej chaotycznej głowy, który mimo wielu lat życia z umiarem, nadal chaotyczna bywa.

Taka wewnętrzna potrzeba, by te moje wszystkie myśli, zdania i obrazy, którymi się z Wami dzielę w social mediach przybrały zwartą całość, była tak silna, że poskutkowana ona właśnie siłą i determinacją aby mimo niesprzyjających zewnętrznych warunków, siadać codziennie wieczorem przed komputerem i w trakcie kilku miesięcy napisać o wiele dłuższy tekst, niż wpis na instagramie czy nawet na blogu.

Kolejnym bodźcem był fakt, że ja chciałabym od social mediów któregoś pięknego dnia się uwolnić, a przynajmniej zmniejszyć drastycznie moją obecność w wirtualnym świecie. Jeżeli ktoś już czytał mnie wcześniej, to wie, z jakim sceptycyzmem i rezerwą podchodzę do nowych mediów. Nie jest żadnym odkryciem, że social media to zły charakter na społecznym dzikim zachodzie. Chociaż nie neguje dobrych treści, które tam są, to jednak forma ( niezmienna i nieugięta) która jest ściśle oparta na algorytmach, zawsze będzie pozostawiać pewien rodzaj rysy na tym wszystkim, co się tam tworzy. Teraz przynajmniej te moje wszystkie myśli o umiarze, które dotąd były obecne w efemerycznych postach i rolkach, zakorzeniły się na dobre w papierze, którego żaden algorytm nie ruszy.

Książki może i mogą spłonąć albo zniknąć z pamięci, na najdalszych, nieodkurzanych półkach bibliotek, ale to pierwsze jest mało prawdopodobne, a drugie nie tak straszne, jak odpłynięcie w niezmierzonych stosach cyfrowych informacji, które nie mają szansy stać się wiedzą. Jednak one tam na tych półkach będą i być może jakaś dobra dusza będzie chciała sięgnąć do zapisanych tam słów. Za to w social mediach powrót do starych treści jest żmudną robotą, którą mało kto chce się podjąć, a i po co, skoro informacja w internecie ma być na już.

Książka to również związek z czytelnikiem na wyłączność. Nie jestem wtedy z moim przekazem w nieustannie rozbudowującej się sieci przeróżnych przekazów i słów, jak to się dzieje w przypadku instagrama. Chociaż wiem, że moi obserwatorzy czytają uważnie, to z własnego doświadczenia wiem, że czytając podpis pod małym zdjęciem na telefonie, o wiele łatwiej skakać od obrazu do obrazu, od słowa do słowa. Jakby treści twórców były tylko bilbordem, który mija się jadąc pośpiesznym pociągiem. My, twórcy, jesteśmy wtedy jak za szybą. Stąd też pewnie niestety zauważani są głównie ci, którzy mocniej świecą, migoczą i zatrzymują mocnymi emocjami.

Za to książka, czy to na papierze, czy czytniku to nieśpieszne spotkanie. Ja miałam czas, aby przekazać czytelnikowi to co chciałam, a czytelnik na spokojnie może ten przekaz przyjmować. Czytając książkę można odwrócić wzrok, spokojnie wrócić do swoich spraw, a zaznaczona strona nie ruszy się z miejsca i nie zostanie przykryta kolejnymi i kolejnymi przekazami innych osób. Będzie czekać cierpliwie, aż to sam czytelnik będzie chciał do niej powrócić.

Chyba już rozumiecie, dlaczego te książkę chciałam a wręcz musiałam napisać. Dla mnie to wyjście ewakuacyjne z cyfrowego uwikłania, wejście na ludzką drogę rozmowy i żywego spotkania.

Jeżeli chcielibyście umówić się spotkanie z wystarczalizmem jeden na jeden, to tutaj zostawiam namiary. 🙂

No Comments

Leave a Reply